Planeta Mepli 5/2026, strona 48
Kulisy oceniania gier — jak powstają recenzje planszówek
Gdy recenzent siada do planszówki
„Recenzje gier planszowych czytamy zazwyczaj po to, by sprawdzić, czy dany tytuł ma szansę zagościć na naszym stole. Rzadko jednak zastanawiamy się, jak wygląda proces ich powstawania”. W drugiej odsłonie cyklu głos dostaje siedmiu twórców: Planszeo, GryfGra, Boardzilla, Nie(dzielny) Gracz, Plansza po łapkach, GrAlutka i Planszowy Kolektyw. Każdy opowiada, ile partii potrzebuje, na co patrzy przy stole i co uznaje za kluczowe dla wiarygodnej opinii – a odpowiedzi rozjeżdżają się bardziej, niż można by przypuszczać.
Patrycja Jaszewska z Planszeo pisze, że recenzje są tam dodatkiem do bazy gier, dzięki czemu można publikować bez presji. Jej zasady: zagrać kilka razy, w różnych składach, jasno informować czytelnika, przy jakiej liczbie graczy udało się testować, i po pierwszej partii wrócić do instrukcji od początku, bo łatwo przeoczyć drobną zasadę. Tekst dzieli na sekcje – tematyka, instrukcja, mechanika, skalowanie, wykonanie, czas rozgrywki, podsumowanie – i nie wystawia ocen liczbowych, bo „gotowa ocena często sprawia, że czytelnik nie sięga już po cały tekst recenzji”. Ania i Szymon z GryfGra podsumowują osiem lat i setki gier: punktacja im nie wyszła, bo trzeba by aktualizować stare noty, a „one man’s trash is another man’s treasure”. Nie omijają też mrocznych stron – braku czasu na powroty do starszych tytułów, klęski urodzaju przy przepełnionych regałach i zarzutu, że recenzja nie może być obiektywna, gdy grę dostało się od wydawcy.
Łukasz Gawryluk z Boardzilli odpowiada na klasyczne pytanie o liczbę partii: pełne recenzje pisze po minimum ośmiu–dziesięciu rozgrywkach, pierwsze wrażenia po czterech–pięciu, kończy oceną liczbową, a pierwsze wrażenia zostawia bez punktacji – „hej! nie oceniajcie Grzybobrania, zanim nie zagracie w nie minimum 20 razy!”. Najbardziej interesuje go mechanika, „to, co się dzieje pod maską gry, niż to, jak bardzo błyszczy na stole”. Bartłomiej Łuciuk, czyli Nie(dzielny) Gracz, pisze z drugiej strony – jako czytelnik recenzji ceni Gambita i kanał Planszówki Online, a sam publikuje wrażenia „na gorąco” na Instagramie. Autor Planszy po łapkach rozprawia się z mitem darmowych gier: „walutą jest tu nasza praca”, bo przy większych tytułach recenzja to godziny odpowiadające dniowi roboczemu.
Ala z GrAlutki recenzuje z Wielkiej Brytanii i opisuje własny trzystopniowy system – Pierwsza Runda, Punkty w Trakcie Gry, Wynik Końcowy – oraz porzucony system WARTO; przyznaje wprost, że nie lubi dawać grom złych opinii i woli nie opublikować recenzji, niż tracić czas na kiepskie tytuły. Najbardziej nietypowy wpis należy do Planszowego Kolektywu, w którym NOE zaczyna od „właściwie to ja nawet nie jestem recenzentem”, Raziel opowiada o fabularnych wstawkach nagrywanych jak słuchowisko, Jacek Dzień Dobry porównuje recenzowanie gier do sernika z rodzynkami, a Enu zostawia zdanie, które warto zapamiętać: „to, czy gra zostaje w Twojej kolekcji, czy z niej wypada, jest najważniejszą recenzją”, bez względu na to, co twierdzą mainstreamowe media – i dlatego tak ważne jest sprawdzenie tytułu w różnych składach i terminach.
- jak powstają recenzje gier planszowych
- GrAlutka
- Planszowy Kolektyw
- Boardzilla
- Planszeo
- GryfGra